Samochody popularne, nawet tak oryginalne jak Renault 16, skazane są na trudny żywot. W okresie młodości mocno eksploatowane, później porzucane, bo kto by chciał jeździć autem odziedziczonym po dziadku. Trzeba dopiero pasjonata żeby takie auto przywrócić na drogę i kolejnego, który za coś takiego będzie gotów zapłacić.
Trzeba też jednak zrozumieć, że „Szesnastka” była rynkowym hitem w czasach kiedy to pojęcie ledwo dojrzewało. Poza tym, Renault przygotowało pod każdym względem bardzo dojrzały projekt. Dlatego po latach łatwo jest docenić dobrze utrzymany egzemplarz. Nie tylko bowiem cieszy swoją kondycją, ale wciąż dostarcza satysfakcji z próbowania projektanckich smaczków. Warto wiedzieć, że za takie ucztowanie przyjdzie jednak coraz więcej zapłacić. Najmłodsze samochody pochodzą z 1980 roku a poszukiwane auta z początków produkcji ukończyły z powodzeniem półwiecze. Z takim dorobkiem się nie żartuje. Z tym większą uwagą spoglądam na sprzedany niedawno w Szwecji egzemplarz z 1969 roku. Uzyskał on tam bowiem nieco ponad 30 tys złotych i to jest minimum, jakie przyjdzie nam zapłacić za R16. Ba, kilka lat temu, to były wszystkie pieniądze, jakich za „Szesnastkę” można było oczekiwać. To się jednak zmieniło. Teraz to jest dolna granica, zresztą za samochód w stanie, który pozostawia nieco do życzenia.
Juke to po angielsku przydrożny bar. Zapewnie zamysłem Nissana było, by pasażerowie tak nazwanego modelu zatrzymywali się w trakcie wojaży w takich miejscach. Póki co jednak samochód bardziej pasuje do ruchu miejskiego. A i to nie bardzo.
Wysokie, szerokie, z przeciętnej wielkości kabiną i niespecjalnie pojemnym bagażnikiem, nadwozie Juke’a robi świetne wrażenie. Linie są konkretnie poprowadzone, dobrze się układają, a całość wygląda jak w drogim samochodzie. Juke wydaje się znacząco większy od Toyoty CH-R, nawet jeśli porównywanie ich wymiarów może wydać się nieuzasadnione. Natomiast oba samochody małpują swój styl, przy czym trzeba podkreśli, że Nissan, ze swoim oryginalnym pomysłem, był pierwszy. A skoro o tym, co to jest właściwie za pojazd? Juke to mniejszy Quashqai, któremu nadano o wiele ciekawszy kształt i zmniejszono nieco praktyczność. Zajmuje nieco mniej miejsca od większego brata, prezentuje się stylowo, zaś w funkcjonalności odpowiada wciąż hatchbackowi klasy C. Wszystko fajnie, ale odpowiednika „nie SUV-a” próżno szukać w ofercie Nissana. Mógłby nim być Leaf, ale jest tylko elektryczny, za to Micra (chociaż urosła z czasem do gargantuicznych rozmiarów) jest wciąż za mała, aby zastąpić poczucie przestrzeni z kabiny Juke’a. Moim zdaniem, z taką zmianą trzeba się pogodzić i nawet nie ma sensu rozważanie, że przecież VW wciąż proponuje nabywcom Golfa. Nissan postawił na SUVy i tego się, na razie, trzyma. Jak więc jeździ ten „Golf SUV” w interpretacji Japończyków?
Jak się jeździ Juke? Cały artykuł w iAuto 164 [LINK]
Nie mam lekkiego życia. Każdego dnia wyruszam w kilkunastogodzinną służbową podróż służbowym samochodem. Podczas takiej wyprawy przydaje mi się wiele akcesoriów, które znacznie ułatwiają pracę i podróż. Oto te, które są szczególnie użyteczne (przynajmniej dla mnie). Kilka, lub nawet kilkanaście godzin w aucie – to moja codzienność.
Jest to zazwyczaj męczące doświadczenie, mimo, że kocham moją pracę. Samochód podczas dnia w nim spędzonego, zmienia się w mobilne biuro, pełni również funkcję szafy, miejsca gdzie spożywam posiłki czy staram się wypocząć. Te wszystkie funkcje można pogodzić i choć częściowo ułatwić sobie zawodowe życie, pod warunkiem, że wyposażę je (lub się) w odpowiednie akcesoria. Samochodowych dodatków, które przydadzą się w takich podróżach jest ogromny wybór. Wybrałam kilka takich, które ułatwiają życie i z pewnością mogę je polecić każdej kobiecie w takiej sytuacji.
O samochodowych „przydasiach” przeczytacie w 164 wydaniu iAuto w cyklu „Babskie gadanie” [LINK]
Pod koniec lipca 2001 roku wyjechałem z salonu Renault fabrycznie nową Laguną II z silnikiem 1.8 (hatchback). Jeżdżę nią do dzisiaj, czyli niedługo będzie miała pełnych 19 lat użytkowania. Ostatnio na liczniku Laguny pojawiła się liczba 470 000 kilometrów…
Kolejna pieczątka obowiązkowego badania technicznego została wbita w dowód rejestracyjny, ale koszty przygotowania samochodu do procedury tego badania są coraz większe. Trzeba tutaj dodać, że diagnosty nie interesuje mnóstwo drobiazgów typu przepalona żarówka w podsufitce, niesprawna klimatyzacja, zepsuty mechanizm opuszczania prawej, tylnej szyby, niewielkie ogniska rdzy pojawiające się na karoserii. Dla niego – generalnie – samochód ma mieć sprawne światła (zewnętrzne), hamulce, amortyzatory i inne elementy zawieszenia, które zapewniają podstawowy zakres bezpieczeństwa oraz sprawny, tj. pracujący zgodnie z normami emisji układ wydechowy. W każdym razie mam przed sobą – w bardzo bliskiej przyszłości (a na pewno przed terminem kolejnego badania technicznego) – przykrą konieczność pożegnania się z moją Laguną, którą uważam z perspektywy lat za świetny i wartościowy zakup. Jednak ten samochód po 19 latach intensywnej eksploatacji (m. in. za jego kierownicą uczyło się jeździć także dwóch moich synów – no, dobrze – przyznam się – tuż przed, ale głównie po zdaniu egzaminu na prawo jazdy) jest bardzo zużyty (np. mocno wytarte fotele z przodu) i ma już zbyt dużo drobnych i poważniejszych usterek obniżających komfort jazdy, że przywracanie go do dobrego stanu technicznego jest już, moim zdaniem, nieopłacalne.
Przyszła mi do głowy myśl, by zupełnie zgrubnie policzyć całkowite koszty, które poniosłem w ciągu tych 19 lat, włącznie z zakupem auta. Nie mam wątpliwości, że o wielu naprawach, o wielu innych kosztach zapomniałem lub nie jestem w stanie poprawnie ich oszacować. Ponadto, przez prawie dwie minione dekady zmieniała się wielokrotnie siła nabywcza złotówki, zmieniała się (w górę i dół) cena paliwa. Jest jeszcze inny aspekt – koszt samego samochodu. Otóż w 2001 roku za nieźle wyposażoną Lagunę II zapłaciłem 80 tysięcy złotych, czyli po przeliczeniu wg ówczesnego kursu euro (3,36 zł) ok. 23 700 euro. Obecnie, miejsce Laguny w ofercie Renault zajął Talisman, którego cena podstawowa zaczyna się od 113 tysięcy złotych, czyli ok. 25 700 euro. Dokładając nieco lepsze wyposażenie (analogicznie do mojej Laguny) trzeba będzie dołożyć co najmniej kolejny tysiąc euro… Tak więc, po tych dwóch dekadach porównywalny samochód zdrożał o około 3 tysiące euro. Oczywiście, ktoś może stwierdzić – i słusznie – że w ciągu tych lat przybyło sporo „bajerów” (głównie w systemach elektronicznych), ale też upieram się przy opinii, że lata mijają, ale samochody nie tanieją, wręcz przeciwnie…
Dobrze, przejdźmy więc do „wyliczanki” (liczby oznaczają złotówki): 1) Renault Laguna II (rocznik 2001, przebieg 470 tys. km) – 80 000 2) ubezpieczenie (19 x 550 zł) – 10 450 3) przegląd techniczny (16 x 100 zł) – 1 600 4) paliwo: 4700 x 7,8 l = 36 660 l x 4,9 zł = 179 634 5) wymiana oleju, filtry, itp. (16 x 500 zł) – 8 000 6) rozrząd (3 x 1000 zł) – 3 000 7) wymiana sprzęgła (po 180 oraz 350 tys km) 2 x 1000 = 2 000 8) opony (zimowe + letnie) – 6 kompletów – 24 szt x 250 zł = 6 000 9) akumulator (4 x 200 zł) = 800 10) remont silnika po zerwaniu paska alternatora i „rozwaleniu” rozrządu – 3 500 11) myjnia (rocznie 8 razy), czyli 8 x 19 x 20 zł = 3 040 12) drobne naprawy i części (żarówki, świece, płyn do spryskiwacza) – 2 000 13) naprawy (klocki hamulcowe, serwis klimatyzacji, zawieszenie, itp.) – 20 000 14) wymiana szyby przedniej – 600 15) opłaty autostradowe (tylko za A4 Mysłowice – Kraków – Mysłowice) 40 zł x 10 (rocznie) x 19 (lat) – 7600 Każdy z czytelników zapewne będzie miał uwagi czy wręcz zastrzeżenia do każdego z w/w punktów i zapewne będzie miał rację. Mnie chodziło raczej o ogólne zorientowanie się w sumarycznych kosztach użytkowania. Np. ubezpieczenie (pkt. 2) – prawo jazdy mam od 40 lat, a samochód zarejestrowany na własne nazwisko od ponad 30. Miałem to szczęście, że już wiele, wiele lat temu zyskałem maksymalnie możliwe zniżki na polisę OC i tak to zostało policzone (wg ostatniej stawki). Paliwo (pkt 4) – jest najpoważniejszą częścią końcowej sumy i zapewne jest obarczona największym błędem. Przykładowo: ceny litra benzyny Pb95: 3,20 (2002), 4,25 (2005), 3,06 (2011), 4,19 (2015), 4,65 (2017), 5,10 (2019), ale też 3,65 (kwiecień 2020). Kilkadziesiąt tysięcy kilometrów przejechaliśmy Laguną za granicą (wyjazdy m.in. do Włoch, Norwegii, Francji, Chorwacji), a tam z reguły paliwo było (nieraz dużo) droższe. Więc kwota prawie 180 tysięcy złotych jak najbardziej może być podważana, ale też przez wiele lat Pb95 w Polsce oscylowało wokół 4 zł/litr. Przyjęcie więc średniej 4,9 zł/litr jakoś powinno to kompensować. W powyższy sposób można dyskutować nad każdym punktem tej wyliczanki, co nie zmienia faktu, że powyższe zestawienie zamyka się w kwocie 328,5 tysiąca złotych (330 tys zł), co z kolei daje nam ok. 70 groszy za każdy przejechany kilometr! I nawet, jeśli w moich wyliczeniach pomyliłem się na swoją niekorzyść aż o ponad 25 procent, czyli o 140 tysięcy złotych (do kwoty 470 tys zł), to i tak wyjdzie na to, że za każdy przejechany kilometr zapłaciłem najwyżej jedną złotówkę! (Pomyliłem się na pewno, bo np. na opłaty autostradowe za granicą wydałem na pewno ok. 500 euro, a więc nieco ponad 2 tys zł. Do tego muszę doliczyć – mea culpa – ze 3-4 krajowe mandaty za jakąś łączną kwotę 500 zł). Proszę jednak wziąć też pod uwagę, że Laguna przez bardzo poważny procent swojego kilometrażu wiozła nie tylko kierowcę, ale też 2-4 (sporadycznie 5) oraz mnóstwo bagaży, tony zakupów, także z marketów budowlanych. W tym kontekście kategorycznie stwierdzam, że zakup (tej) Laguny II i użytkowanie jej przez tak długie lata było świetnym pomysłem. Zapewne można by było zrobić jakąś matematyczną symulację, dzięki której na wykresie zobaczylibyśmy przecięcie się dwóch krzywych. Z jednej strony koszt przejechania jednego kilometra, z drugiej spadek wartości samochodu wraz z jego wiekiem, kilometrażem oraz kosztami eksploatacji. Nie mam wątpliwości, że dla każdego modelu będzie inaczej wyglądał. Być może lepiej bym zrobił, gdybym „pozbywał” się Laguny 5-10 czy 12 lat temu. Ale może nieprzypadkowo średnia wieku samochodów w Polsce jest tak duża w porównaniu z krajami zachodniej Europy. Po prostu polscy kierowcy jakoś intuicyjnie kalkulują, że na kupienie nowego auta i wymienianie go co 3-4 lata na kolejne nowe jest stosunkowo drogim pomysłem i koszt przejechania jednego kilometra jest znacząco wyższy niż – oszacowany przeze mnie dla (mojej) Laguny (niech będzie) – jednej złotówki. A na to ich en masse po prostu nie stać. Tak przy okazji myślę, że może to my (polscy kierowcy) jesteśmy jednak bardziej pro-ekologiczni wykorzystując maksymalnie żywotność naszych samochodów…?
W motoryzacyjnym świecie istnieje powiedzenie, że są dwie radosne, szczęśliwe chwile w życiu kierowcy – dzień w którym kupuje nowy samochód oraz dzień, w którym go sprzedaje… Osobiście nie jestem pewien, co do tego drugiego stwierdzenia. Wiem, że on nastąpi – musi nastąpić – w najbliższych miesiącach, ale wcale mnie to nie cieszy. Bardzo polubiłem, przywiązałem się do Laguny. Stała się wspaniałym towarzyszem podróży po niemal całej Europie i była uczestnikiem wielu radosnych i przykrych chwil w ciągu tych lat (np. wyjazdy na wesela, ale też pogrzeby). Niewątpliwie za bardzo zapewne personifikuję (ten) samochód, ale od dzieciństwa mam taki osobisty stosunek do tego właśnie wytworu techniki. Nie mam oporów, by co dwa lata wymieniać telefon komórkowy na nowszy model, kupić nowy odkurzacz, telewizor, pralkę czy zmywarkę (jak się zepsują i stają się pod jakimś względem „nienaprawialne”). Samochód jest dla mnie jakimś nieco magicznym przedmiotem – jest wehikułem, może nie w czasie, ale właśnie czymś takim, który pozwala przemieszczać się wg własnej trasy, czasu, chęci i możliwości. I dlatego go uwielbiam… I zapewne dlatego przywiązuję się do nich – samochodów. No dobrze, dość tego użalania się. Teraz przede mną wybór – nowy czy używany… Budżet skromny na jakiekolwiek nowe… Trzeba pomyśleć, poszukać w internetach…